niedziela, 13 kwietnia 2014

Skate or die

Temat deskorolki był mi bliski od lat. Kiedyś, kiedy na topie były starsze części Tonego Hawka, spędzałem przy nich dłuuugie godziny. Pewnego razu postanowiłem, że sam chce zacząć jeździć i kupiłem sobie swoją pierwszą deskę - za niespełna 100 zł ze zwykłego sklepu sportowego. Jeździć to za bardzo nie chciało, skrzypiało przy każdym ruchu, ale i tak dawało niesamowitą frajdę i przy okazji całkiem pokaźną liczbę siniaków. Przygoda trwała ok. 2 lat, po czym (kolejne z rzędu) niefortunne lądowanie czy też bardziej jego brak spowodowało kontuzję lewej kostki, co oczywiście olałem nie pokazując się nawet u lekarza. Od tamtej pory zwykłe ollie sprawia niezły ból a moje jeżdżenie ograniczyło się do zapieprzania po prostej na krótszej wersji popularnych longboardów.

Do rzeczy.

To, że sam nie jeżdżę już od dawna nie znaczy, że przestało mnie to kręcić. Bynajmniej. Uwielbiam oglądać wyczyny młodych skateów. Tak, właśnie młodych, nawet jeśli częściej im nie wychodzi niż wychodzi, bo wtedy z jeszcze większą satysfakcją ogląda się kiedy skaczą z radości po pięknie sklejonym 360 filp czy efektownym slidzie. Przypomina mi się, jak sam wpieniałem się, rzucałem deską i soczyście kląłem, gdy coś nie wychodziło. Przechodząc ostatnio w centrum Warszawy natknąłem się właśnie na kilku prawdopodobnie gimnazjalistów jeżdżących na deskach. Po grzecznym pytaniu, czy mogę uwiecznić ich wyczyny, wykonałem kilka fotek i... obiecałem sobie, że będę tam wpadał częściej i z większą ilością sprzętu (miałem tylko aparat i rybie oko). W głowie zaczyna mi się już rodzić następny pomysł na mały projekt, składający się z kilku sesji, ale na razie będę siedział cicho.

Poniżej oczywiście kilka zdjęć, które wykonałem owym deskorolkarzom:





Jak zwykle więcej na 500px.